Dotacje Instytucje Szkolenia

Fundusze europejskie. Walka z happy endem

Artur Farbiszewski
12.08.2010 , aktualizacja: 13.08.2010 10:04
A A A Drukuj
Najkrótsza recepta na dotację z Unii: wybierać tylko najlepsze na świecie składniki, ściśle trzymać się przepisu i długo, długo czekać. Sukces (prawie) gwarantowany

Fot. Artur Farbiszewski
- Proszę pana, wypełnienie wniosku jest banalnie proste. Po co wpychać pieniądze do cudzej kieszeni? - takie słowa usłyszał pod koniec 2007 roku Grzegorz Bokotko, właściciel małej radomskiej firmy Uni-Pro. O tym, że starania o unijne dotacje dla przedsiębiorców są banalnie proste, przekonywali go pracownicy radomskiej filii Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych.

Bokotko, zrazu nieco naiwnie, zaczął starać się o dotację dla swojej firmy. Zużył na to półtora roku, ale z sukcesem. Drogę o dotację zwieńczył zakupem dwóch maszyn do produkcji wentylatorów przemysłowych: wyważarki wirników i sterowanej numerycznie wypalarki plazmowej.

Priorytetem była ta druga maszyna. Dlaczego? - To, co kiedyś zajmowało cały dzień, dzisiaj jest gotowe w 20 minut - odpowiada Bokotko. Najpierw na laptopie powstaje rysunek techniczny wentylatora. Dołączony przez producenta wypalarki program zamienia narysowane kształty na ciąg współrzędnych. Siecią bezprzewodową przysyłane są one do układu sterowania maszyny, operator wciska start, a rozgrzana do białości głowica w ciągu kilkunastu minut wycina w stalowej płycie kształty dokładnie jak na rysunku.

Dwie maszyny, a oprócz nich laptop i biurowe urządzenie wielofunkcyjne, kosztowały 220 tys. zł netto, z czego 132 tys. zł Bokotko dostał przed rokiem z Regionalnego Programu Operacyjnego w ramach Działania 1.5 Rozwój przedsiębiorczości.

Droga przez mękę

Choć historia Bokotki zakończyła się happy endem, to przez dłuższy czas była co najmniej thrillerem.

Wracamy do 2007 roku. Optymistycznie nastrojony rozmową z urzędnikami drobny przedsiębiorca, inżynier mechanik po elitarnym MEL-u (Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej), wraca do domu i zasiada do studiowania formularzy.

- Po tygodniu czytania nie rozumiałem nic. Pokazałem to mojej księgowej. A ta po kolejnych dniach mówi: "Weź ty lepiej kogoś, kto się na tym naprawdę zna, bo ci jeszcze odrzucą ten wniosek, jak coś źle napiszemy" - wspomina. Kogoś takiego wskazał mu jeden z producentów maszyn do cięcia plazmą. Za przygotowanie wniosku wziął 1 proc. wartości dotacji, kolejne 2 proc. miał zainkasować po przyznaniu unijnej pomocy. Dzisiaj Bokotko jest przekonany, że nie mógł lepiej wydać tych kilku tysięcy złotych. - Nie dość, że znał się na pisaniu wniosków, to jeszcze na branży, w której działam, a nawet na maszynach, których szukałem. Miał np. zaświadczenia o zastosowanych innowacjach, które dołączyliśmy do wniosku. Ja nic takiego nie miałem i nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. A we wniosku trzeba pokazać, że człowiek nie ma zamiaru kupić snopowiązałki, tylko nowoczesny, wysoko wydajny kombajn - mówi. Pisanie poszło szybko, po dwóch miesiącach wniosek był gotowy.

Ale co z tego, skoro nabór wniosków miał się zakończyć w czerwcu 2008 roku, a potem był przesuwany na lipiec, sierpień, wrzesień.

- Byłem już wkurzony. Maszyny nie mam, dotacja palcem na wodzie pisana. A oni chyba dopiero przed końcem roku skończyli nabór. Potem znowu cisza. Dzwonię, nikt nic nie wie, kiedy będzie choćby wynik pierwszego etapu, czyli oceny formalnej - wspomina.

Legendarny błąd

Zanim do oceny jednak doszło, Bokotko kilka razy musiał odwiedzić Warszawę. Także w sprawie... braku podpisu na kilku dokumentach, czyli na "legendarnej" pomyłce, na której potknęły się tysiące niedoszłych odbiorców dotacji. - Ten człowiek od pisania wniosku uprzedzał mnie lojalnie: "Niech pan się nie zdziwi, jak po złożeniu będzie trzeba jeszcze kilka razy jeździć i coś uzupełnić". Choć był z Dolnego Śląska, to pisał wnioski dla przedsiębiorców z całej Polski. Opowiadał, jak mogą się różnić reguły i wymagania w zależności od regionu. Inaczej będzie we Wrocławiu, inaczej w Warszawie, a jeszcze inaczej w Gdańsku - opowiada Bokotko. Ale choć naczekał się za wszystkie czasy, złego słowa o pracownikach Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych nie powie. - Zobaczyłem tam zespół młodych, pracowitych i sympatycznych ludzi. Dostałem opiekuna, który prowadził mój wniosek. Sprawdzał, czy nie brakuje papierów. Jeżeli były jakieś drobne błędy, zawiadamiał mnie, przyjeżdżałem i poprawiałem. Przeważnie, wyjaśniał mi to na tyle czytelnie, że umiałem poradzić sobie sam - twierdzi Bokotko.

Po długich miesiącach przedsiębiorca się doczekał. W kwietniu 2009 roku zarząd województwa mazowieckiego zatwierdził pierwszą częściową listę rankingową projektów zgłoszonych w konkursie dla przedsiębiorców. Wśród 18 firm, którym przyznano dotacje, znalazła się również Uni-Pro Bokotki. Zajęła piąte miejsce, zdobywając 80 proc. możliwych do uzyskania punktów. Pionierom unijnej pomocy dłoń ściskał sam marszałek Adam Struzik. Dla Bokotki najważniejsze było to, że nareszcie mógł kupić maszyny. - Przed rozstrzygnięciem nie mogłem tego zrobić, bo cały wniosek byłby automatycznie anulowany. Kiedy decydowałem się sięgnąć po dotację, nie sądziłem, że na potrzebne mi maszyny poczekam półtora roku... - mówi.

Pieniądze mają być wydane rozsądnie

Na szczęście nie wyrzucił ofert, które w międzyczasie otrzymał od producentów. Jak bardzo były potrzebne, dowiedział się dopiero kilka dni po podpisaniu umowy na spotkaniu zorganizowanym dla beneficjentów w Warszawie. Usłyszeli tam: "Musicie mieć parę ofert, żebyście najdroższej nie wybrali. Pieniądze mają być wydane rozsądnie, bo potem zostaniecie sprawdzeni". - Tylko jak wy będziecie nas sprawdzać? Skąd znacie się na cięciu plazmą albo na innych sprawach? Dwie maszyny o różnych cenach mogą się różnić detalami, które wam nic nie powiedzą, a dla mnie będą mieć duże znaczenie - zapytał Bokotko trochę zdziwiony. Usłyszał, że w MJWPU mają specjalistów od wszystkiego. - Ja sam, choć szukałem opinii, dzwoniłem po ludziach, którzy kupili maszyny. Sam do końca nie jestem pewien, czy wybrałem najlepiej - dziwi się przedsiębiorca.

Choć miał możliwość wystąpienia o zaliczkę, zrezygnował z niej. - Nie chciałem wypełniać kolejnej tony papierów, wolałem zapłacić swoją gotówką i kredytem. Kiedy otrzymałem dotację na konto, szybko spłaciłem kredyt. Odsetki były minimalne, a mnie tak było łatwiej - wyjaśnia.

Ile drukarki w drukarce

Zakupy wyważarki i wypalarki poszły Bokotce gładko. Przedsiębiorca potknął się za to na drobnostkach - laptopie i urządzeniu wielofunkcyjnym. Wszystko przez typowy dla inżyniera nadmiar precyzji. - Kiedy przyszedł czas kupowania, to ja myślę tak: "Drukarkę mam, skaner w domu mam, więc przywiozę, jak zajdzie potrzeba. Nie mam za to drukarki formatu A3, co pozwoliłoby drukować większe rysunki techniczne". Dzwonię do mojego opiekuna z Mazowieckiej Jednostki i pytam, czy mógłbym to zmienić. "Nie, proszę pana, nie może pan kupić drukarki, bo pan wpisał we wniosku urządzenie wielofunkcyjne". Gdybym napisał "drukarka", to miałbym wolną rękę. Mógłbym kupić drukarkę w każdym formacie albo urządzenie, które przecież też drukuje. Podobnie wyszło z laptopem. Bardziej przydałby się do biura komputer stacjonarny, bo jest i szybszy, i lepszy do rysunków technicznych. "Przykro mi, jest napisane laptop i musi być laptop. Gdyby pan wpisał komputer, to mógłby pan kupić albo laptop, albo stacjonarny, bo i to, i to jest komputerem". Mnie przecież nie chodziło o żadne kombinowanie. Po prostu w momencie sporządzania wniosku nie przewidziałem moich przyszłych potrzeb. Dlatego przestrzegam, by myśleć, co się pisze, i przewidywać, co tak naprawdę będzie potrzebne - radzi innym Bokotko. We wniosku zobowiązał się m.in. do utworzenia trzech stanowisk pracy. - Akurat to sformułowanie uratowało mnie. Bo gdybym napisał nie trzy stanowiska, a trzy nowe etaty, musiałbym zatrudnić trzy nowe osoby. Tyle że składałem wniosek w hossie, a maszyny dostałem w kryzysie. Pracy jest mało, ten rok jest najtrudniejszy - mówi producent wentylatorów.

Najlepszy pracownik

Po 15 latach siedzenia w domu do pracy (a co ważniejsze - do zawodu) wróciła Aleksandra, żona przedsiębiorcy. - Byłam jedyną kobietą na kursie CNC. Co z tego, w urzędzie pracy nic dla mnie nie mieli - mówi pani Aleksandra.

- Musiałem udowodnić, że się nadaje, że jej zatrudnienie nie będzie żadną fikcją. Na szczęście ma papiery nie do podważenia: absolwentka Wydziału Mechaniki Precyzyjnej Politechniki Warszawskiej, rysuje w AutoCadzie i jeszcze ten kurs. Do tego trwale bezrobotna. Lepszego pracownika znaleźć nie mogłem - mówi Bokotko.

Projekt jest już rozliczony. Przedsiębiorca ma świadomość, że w ciągu kilku lat mogą do niego zajrzeć kontrolerzy. - U mnie nie byli, ale z tego, co słyszałem, interesuje ich głównie to, czy pieniądze zostały wydane faktycznie na to, co jest na fakturze. Ja nic nie mam do ukrycia - mówi.

Dzisiaj przyznaje, że sam na pewno nie dałby rady zdobyć pieniędzy z RPO. - Powiem krótko: nigdy w życiu bym tego wniosku tak nie napisał, tak dobrze, by dotację dostać. Jego rada jest następująca: - Wszystko, co się pisze we wniosku, musi być naj, naj, naj... najlepsze w Polsce, najlepsze w Europie. Najlepiej napisać, że technologia jest unikatowa w skali światowej - mówi.

Podaje przykład zakonnic, które starały się o dużą dotację na drukarnię.

- Pytam, ten wasz wniosek to też jest taki naj? "Tak, to musi być high-tech" - odparły siostry.

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Zamawiający pod lupą, czyli kontrola Prezesa UZP

W sytuacji gdy niemożliwe jest odwołanie się do KIO, skutecznym środkiem jest złożenie wniosku do Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych o przeprowadzenie kontroli przetargu.