Dotacje Instytucje Szkolenia

Złom, gruz i rozmach

Dominika Olszewska
03.09.2010 , aktualizacja: 03.09.2010 10:07
A A A Drukuj
- Nie lubię, jak coś się marnuje. Chęć odzyskiwania tego, co wyrzucałem, pchnęła mnie do sięgnięcia po unijne pieniądze. I udało się - mówi Włodzimierz Barbachowski, szef firmy z Sokołowa Podlaskiego, która prowadzi recykling złomu i odpadów budowlanych
Artykuł sfinansowany w ramach konkursu dotacji organizowanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, współfinansowanego ze środków rozwoju Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna
Fundusze europejskie dziś i jutro
Artykuł sfinansowany w ramach konkursu dotacji organizowanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, współfinansowanego ze środków rozwoju Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna
W Sokołowie Podlaskim prowadzi przedsiębiorstwo przerobu złomu metali Segromet Sp. z o.o. Firmę ulokował przy głównej drodze dojazdowej z Warszawy. Z zewnątrz trudno się zorientować, że za płotem odbywa się recykling złomu, metali kolorowych, materiałów budowlanych, kabli. Od strony ulicy widać tylko jednopiętrowy zielony biurowiec.

Szef firmy zaczyna oprowadzać. Idziemy za biurowiec. A tam góry kabli, prętów, pociętych aut, fragmenty ścian, metalowych mostów. Między nimi krążą potężne maszyny. Jedna kruszy gruz na grudki wielkości pięści, druga tnie zardzewiałe auta, trzecia przenosi złom na odpowiednie sterty. Idziemy do magazynu. Tam w oddzielnych workach, pudłach, pojemnikach gotowe do sprzedaży tony rozdrobnionej miedzi, cynku czy żelaza.

- To wszystko odzyskałem ze śmieci, a warte majątek. Jestem najlepszym przykładem na to, że na odpadach można zarabiać - uśmiecha się Barbachowski.

Złom to lepszy biznes niż rolnictwo

Wychował się we wsi Międzyleś, nieopodal Sokołowa Podlaskiego. Po skończeniu technikum mechanicznego razem z ojcem prowadził tam rodzinne 27-hektarowe gospodarstwo.

Gdy 1991 r. się ożenił, zapragnął działać na własną rękę. Pomysł na biznes wpadł mu do głowy podczas wizyty w Fabryce Maszyn Rolniczych w Czarnej Białostockiej. Tam zobaczył górę wiórów mosiężnych. Ważyła z kilkanaście ton.

- Dla nich to był złom, a ja pomyślałem, że to towar. Kupiłem od nich tę górę za grosze. Potem sprzedałem do skupu metali kolorowych w Warszawie, i to z ogromnym zyskiem. To były moje pierwsze pieniądze. Naraz zarobiłem pół samochodu osobowego - wspomina Barbachowski. I dodaje: - Poczułem wtedy wiatr w żagle. Zacząłem się kręcić po rynku. Szybko zorientowałem się, handel złomem to lepszy biznes niż rolnictwo. I w prymitywnych warunkach, na tatowym nieutwardzonym polu zacząłem prowadzić punkt skupu złomu.

Początkujący wtedy biznesmen nie miał odpowiedniej wagi ani porządnych ciężarówek. Mimo to zaczął handlować stalą i odpadkami poprodukcyjnymi. Od rolników zabierał stare maszyny i narzędzia rolnicze, z którymi nie wiedzieli, co zrobić.

- Zbieraniem złomu zajmowały się wówczas gminne spółdzielnie Samopomocy Chłopskiej. Dla nich to była dodatkowa działalność, więc im kiepsko szło. Od razu przejąłem cały lokalny rynek - relacjonuje Barbachowski.

Interes się kręcił. Wciąż jednak zbyt dużo czasu zajmowało mu dowożenie złomu spod Sokołowa na stację kolejową i przepakowywanie go na wagony. Gdy sprzedawał już miesięcznie ponad tysiąc ton, zdecydował, że znajdzie nową lokalizację dla swojego biznesu.

Zaczął więc oszczędzać każdy grosz. W 1997 r. kupił działkę w Sokołowie Podlaskim, tuż obok stacji kolejowej.

- Chciałem tam urządzić składowisko z prawdziwego zdarzenia. By szybko podstawiać wypełnione wagony na pobliską stację, potrzebowałem własnej bocznicy kolejowej. Zacząłem załatwiać dziesiątki pozwoleń. To była droga przez mękę. Wszyscy wówczas likwidowali bocznice, a ja chciałem taką zbudować. W Ministerstwie Transportu patrzyli na mnie jak na wariata. Ale uparłem się - śmieje się pan Włodzimierz.

Żona się zawzięła

700-metrowa bocznica powstała w 2003 r. Wtedy Barbachowski mógł złom bez problemu przetaczać ze swojej firmy na stację. Spółka przyspieszyła, spadły bowiem koszty (nie musieli już płacić za dowóz złomu na stację) i zyskali na czasie (po kilku minutach od wyjazdu wagonów z firmy złom czekał na stacji).

W 2007 r. firma kupowała już nie tylko stare auta, ale także kable czy wagony. Z pociętych ciuchć odzyskiwała, co się dało: ze ścian, z podłóg wagonów - żelazo; z oprawy okien - gumę, a nawet szkło z szyb.

Mieli jednak problem. Z wyburzonych fabryk oprócz metali zostawały nieprzebrane ilości cegieł i betonu. Barbachowski chcąc nie chcąc wywoził je na wysypiska.

- Wyrzucanie ton gruzu to straszna niegospodarność. Mąż wymyślił, a potem opracował, jak go przerabiać na podsypkę pod drogi. Ale sprzęt do kruszenia gruzu kosztował majątek. Wtedy pomyślałam, że sięgniemy po dotację z Unii - wyjaśnia Jolanta Barbachowska.

Pani Jolanta przez kilka tygodni przekopywała się przez setki dokumentów, instrukcji. Nocami przeglądała internet.

- Naprawdę wątpiłem, czy to się uda. Nie mieliśmy doświadczenia w pisaniu wniosków. Ale żona się zawzięła. Punkt po punkcie analizowała opasłe dokumenty - dodaje pan Włodzimierz.

W 2007 r. wystartowali w konkursie Regionalnego Programu Operacyjnego (RPO) na zagospodarowanie odpadów wytwarzanych przez firmę. Złożyli wniosek pt. "Mobilna linia do recyklingu odpadów budowlanych". Za 7,6 mln zł chcieli kupić kruszarkę do gruzu, koparkę wyburzeniową, pięć ciężarówek i ładowarkę. Napisali biznesplan, w którym oszacowali zysk z projektu. Atutem ich wniosku był tzw. efekt ekologiczny. Firma bowiem dzięki dotacji miała przerabiać bezużyteczny dotąd gruz na podsypkę pod drogi i parkingi. Spółka w zamian za dotację zobowiązała się do recyklingu w ciągu roku kilkuset tysięcy ton gruzu.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    116 głosów